29.06.2013
Dzisiaj wyjazd do Shimoda. Najpierw pociągiem do Atami z Shinagawa a potem przesiadka i dalej. Shimoda to miejsce, do którego dotarł Amerykanin admirał Perry i nakłonił Japończyków do otwarcia kraju na świat. W Shimoda duże wrażenie zrobiła na mnie historia opisana przy wejściu do Daianji - świątyni położonej przy głównej ulicy. W 1688 roku szesnastu samurajow popełniło tam seppuku. Powód? Wieźli drewno do stolicy Edo, statek rozbił się. Poczuli się winni, honor nie pozwolił im przybyć bez ładunku. Najmłodszy miał 15 lat. Historia ta jest ciekawa ze względu na bardzo rozwinięte poczucie odpowiedzialności właśnie. Gdyby było ono tak rozwinięte w naszym kraju, chyba niewielu ludzi pozostałoby tam przy życiu... Ale to tak na marginesie. Widoki w Shimoda są piękne - zwłaszcza z góry Nesugata, na którą można wjechać kolejką linową. Powrót pociągiem Odoriko był dobrym pomysłem, gdyż nie trzeba było przesiadać. Po 17.00 widoki na morze nabierały coraz bardziej melancholijnych barw. Około 20.00 byliśmy na stacji Shinagawa w Tokio.
Japonia - moje przeżycia, doświadczenia, wspomnienia Powieść napisana przeze mnie w oparciu o przeżycia z kilku krajów - akcja ostatniej, trzeciej części toczy się w Japonii
sobota, 29 czerwca 2013
sobota, 22 czerwca 2013
Śmierć w Japonii
22.06.2013
"Jeśli chcesz umrzeć w spokoju unikaj procedur medycznych" - mniej więcej tak można by przetłumaczyć tytuł książki japońskiego autora Nakamury na temat umierania. W Japonii powstały już domy, w których można spokojnie dokończyć żywota bez niepotrzebnych, uciążliwych zabiegów medycznych przedłużających życie, albo raczej agonię. Może to i sensowne zważywszy, że atmosfera szpitala nie należy do najprzyjemniejszych. Dawniej, kiedy nie było tak rozwiniętego systemu służb zdrowotnych ludzie umierali w sposób bardziej naturalny. Teraz często w bardzo podeszłym wieku poddają się zabiegom medycznym mającym poprawić ich zdrowie, i wtedy właśnie kończą życie. Bo ingerencja medycyny okazuje się zbyt intensywna dla starszego organizmu. Tak było z moim dziadkiem, który zmarł w szpitalu po operacji na kataraktę. Jeśli więc tylko można znieść dolegliwości jakie się ma, bezpieczniej jest, być może stronić od lekarzy. Jest to zawsze pewien dylemat: poddawać się zabiegowi, czy nie. Wydaje mi się, że Japończycy nie biegają tak z byle czym do lekarza, jak ludzie Zachodu. A jeśli już przyjdą z czymś poważnym, to uzyskują skuteczną pomoc. Ale, jak pisze Nakamura, medycyna ma ograniczoną władzę nad starością i śmiercią.
"Jeśli chcesz umrzeć w spokoju unikaj procedur medycznych" - mniej więcej tak można by przetłumaczyć tytuł książki japońskiego autora Nakamury na temat umierania. W Japonii powstały już domy, w których można spokojnie dokończyć żywota bez niepotrzebnych, uciążliwych zabiegów medycznych przedłużających życie, albo raczej agonię. Może to i sensowne zważywszy, że atmosfera szpitala nie należy do najprzyjemniejszych. Dawniej, kiedy nie było tak rozwiniętego systemu służb zdrowotnych ludzie umierali w sposób bardziej naturalny. Teraz często w bardzo podeszłym wieku poddają się zabiegom medycznym mającym poprawić ich zdrowie, i wtedy właśnie kończą życie. Bo ingerencja medycyny okazuje się zbyt intensywna dla starszego organizmu. Tak było z moim dziadkiem, który zmarł w szpitalu po operacji na kataraktę. Jeśli więc tylko można znieść dolegliwości jakie się ma, bezpieczniej jest, być może stronić od lekarzy. Jest to zawsze pewien dylemat: poddawać się zabiegowi, czy nie. Wydaje mi się, że Japończycy nie biegają tak z byle czym do lekarza, jak ludzie Zachodu. A jeśli już przyjdą z czymś poważnym, to uzyskują skuteczną pomoc. Ale, jak pisze Nakamura, medycyna ma ograniczoną władzę nad starością i śmiercią.
czwartek, 20 czerwca 2013
Stereotypy
20.06.2013
Stereotypy to popularne, nie poparte głębszymi argumentami wyobrażenia na temat jakiegoś zjawiska, albo grupy ludzi. Natrafiłam na ciekawe zestawienie stereotypowych wyobrażeń trzech narodowości: Chińczyków, Rosjan i Japończyków w filmach chińskich, tzw. hongse jingdia (Red Classics), czyli produkcji gloryfikujących heroizm komunistów. Autor artykułu przedstawia to w ten sposób:
Chińczyk (tj. bohater filmowy, który w filmie jest Chińczykiem): występuje w roli ofiary, cechuje go odwaga, ma naturę szlachetną, osobowość elastyczną, wykazuje dystans do spraw seksu.
Rosjanin: występuje w roli wyzwoliciela, cechuje go siła, jest sympatyczny w obyciu, uparty, nie kryje się z seksualnością.
I wreszcie Japończyk: występuje w roli tego, który atakuje, ma dziką naturę, wykazuje brak zmysłu moralnego, jego osobowość to głównie wady, a seksualność - perwersyjna (źródło: "Contested Images of China, Japan and Russia", w: Orient on Orient, Images of Asia and Eurasian Countries, edited by Tetsuo Mochizuki, Go Koshino, Slavic Research Center, Hokkaido University, Sapporo, March 2013). Ciekawe, skąd w tych filmach wzięły się takie właśnie stereotypy? Zapewne odpowiedź na to pytanie zajęłaby dużo czasu i wymagała głębszych studiów. Ja na pewno też nie jestem wolna od tworzenia sobie w głowie stereotypów - któż ich nie tworzy? Nawet jeśli widzimy, że nie pasują do rzeczywistości mają dużą siłę narzucającą. Chyba oglądane kiedyś, we wczesnej młodości filmy wojenne zostawiły we mnie obraz Japończyków jako okrutnych. Czy perwersyjnych? Nie, tego nie wyniosłam z filmów. Stereotyp perwersyjności wytworzył się we mnie chyba pod wpływem artykułów w prasie: a to jakiś nauczyciel robił zdjęcia tego, co pod spódniczkami dziewcząt, a to ktoś tam w pociągu molestował dziewczynę. Nawet podobno są strony internetowe, na których mogą dogadać się ci, co molestują i ci (te), co chcą być molestowani(molestowane). No i mamy gotowy stereotyp: perwersyjni. Ci do braku zmysłu moralnego, to myślę, że ma tu znaczenie specyfika kultury japońskiej. Jest ona oparta na innych zasadach i jej ocena z punktu widzenia np. europejskich wartości chrześcijańskich może być zupełnie absurdalna. Inne wartości są cenione tam, inne tu. Co do wad - to zapewne chiński brak sympatii odegrał tu pewną rolę. W każdym razie nie można traktować filmów takich, jak te w komunistycznych Chinach jako źródła wiedzy o danym narodzie. Ale tak jak mówię, stereotypy zakorzeniają się łatwo, a wyplenić je trudno. W każdym razie autorami artykułu są Japończycy, więc jeśli oni sami stworzyli to zestawienie, to myślę, że nie jest nietaktem pisanie o tym. Stereotypy intrygują, dlatego, że powstają i przylepiają się do mózgu, jak rzep.
wtorek, 18 czerwca 2013
Ludzie
Tokio, 18.06.2013
Oglądy ludzi: w pociągu, w metrze, w sklepach, na ulicy. Dzisiaj
jechałam pociągiem. Na stacji wsiadło homo – popatrzyłam pobieżnie: ciekawie
ubrana jest ta dziewczyna. Popatrzyłam w górę (bo siedziałam, a homo nie) – ma ciekawą
fryzurę. Przyjrzałam się jeszcze raz: ale chyba nie jest już najmłodsza. Może
ma około pięćdziesięciu lat. I jak odważnie ubrana! Homo miało spodenki w duże kropki i kok na
głowie trochę przypominający fryzury zawodników sumo. Znów rzuciłam okiem na
spodenki, potem mój wzrok powędrował ku łydkom i co widzę? Są potężnie
owłosione! Teraz jeszcze raz ogarniam dyskretnie wzrokiem tego pasażera JR i dociera
do mnie, że to facet! A chyba przez piętnaście minut był w moich oczach
najpierw dziewczyną, potem pięćdziesięcioletnią kobietą, a wreszcie facetem. A
może to transwestyta? Nie wiem, nie miał makijażu. Może był aktorem? Nie mam
pojęcia. Doświadczenie w każdym razie niepowtarzalne.
Kiedyś z kolei wracałam dość późno wieczorem z Biblioteki
Sejmowej. Siedziałam w zamyśleniu, nagle poczułam na sobie czyjś wzrok. Kiedy spojrzałam
w tamtą stronę zrobiło mi się zimno. Poczułam lęk. Dlaczego? Człowiek, który na
mnie patrzył był ubrany w porządny czarny garnitur, białą koszulę, wyglądał na
przeciętnego „sararymana”. To, co mnie przeraziło to był wyraz jego oczu.
Patrzyły z jakąś kamienną bezwzględnością, zimne, władcze. Szybko spuściłam
wzrok starając się nie zerkać więcej w jego kierunku. Przed wysiadaniem na
mojej stacji upewniłam się, że nie ma go już w wagonie.
Inne spotkanie: wracałam kiedyś z bardzo dalekiej samotnej wyprawy
do prefektury Mie. Na jednej ze stacji wsiadła jasnowłosa dziewczyna. Miała na
szyi krzyżyk na łańcuszku. Zagadnęłam ją po angielsku, bo moja wyprawa była nieudana,
myślałam że może dowiem się od niej, czy była na procesji, której ja nie znalazłam.
Po angielsku nie bardzo mogłyśmy się dogadać, ale okazało się, że zna
hiszpański. Jest Ukrainką, żoną Latynosa o pochodzeniu japońskim. Procesja, jak
się dowiedziałam odbyła się. Tak niewiele mi brakowało, żeby na niej być! Ale
to spotkanie w pociągu, gdzieś w środku wyspy Honsiu z Ukrainką mówiącą po
hiszpańsku… Doprawdy świat jest mały.
niedziela, 16 czerwca 2013
Energia jądrowa - refleksje
16.06.2013
Premier Japonii Shinzo Abe jest w Polsce. Rozmawia m.in.o
promocji technologii jądrowej. Jest to jeden z jego pomysłów na poprawę stanu
japońskiej gospodarki: eksport technologii za granicę. Pomysł świetny, tylko
jeśli obserwuje się stan rzeczy po katastrofie w Fukushimie jest to trochę niepokojące.
Energia jądrowa wymaga absolutnie odpowiedzialnego podejścia ze strony
pracowników. Tymczasem w Polsce wiele spraw nie wychodzi, chociażby zarządzanie
kolejami. Toteż tutaj miałabym wielkie obawy, czy faktycznie stopień
odpowiedzialności tych, którzy pracowaliby w elektrowni zabezpieczyłby Polskę
przed jakimś niespodziewanym wydarzeniem. Zdarzają się awarie mniejszego
pokroju w tym sektorze we Francji. Czy tak trudno jest sobie wyobrazić takową
awarię u nas?
Obecnie w środowiskach naukowych nie mówi się już „to jest
bezpieczna energia”. Taki pogląd usypiał czujność, a w tej dziedzinie czujność
musi być nieustająca i na najwyższym poziomie. Ktoś powie: trzęsienie ziemi, tsunami. Zgoda.
Ale to człowiek nie przewidział, ze tsunami zniszczy urządzenia chłodzące w
elektrowni. To zawinił człowiek i jego brak zdolności przewidywania. Każda katastrofa jest inna. Dlatego
np. lotnictwie bada się każdą szczegółowo
pod kątem przyczyn. Weźmy trzy największe katastrofy jądrowe: Czernobyl, Three
Milles Island i teraz Fukushima. Każda z tych awarii była spowodowana czym
innym. Żadnej ludzie nie przewidzieli.
Zastanawiam się też nad wydajnością energetyki atomowej.
Jeśli 53 reaktory japońskie produkowały 30 % energii, to jeśli miałyby
produkować trzy razy więcej (ok. 100%) trzeba by ich było 150! Całe wybrzeże Japonii
trzeba by usiać elektrowniami atomowymi!
Po Fukushimie (3/11/2013)tu i ówdzie pojawiają się raporty naukowców: o radioaktywnym planktonie,
radioaktywnych rybach, wodzie gruntowej. Powoli skażenie „rozpełza się” po
okolicy. Na
ile może szkodzić? Badać to jest bardzo trudno, gdyż rozprzestrzenia się ono
bardzo nierównomiernie, a związek przyczynowy tj. skażenie a choroby u
człowieka jest trudny do udowodnienia, chyba że człowiek przyjął dużą dawkę
promieniowania. Kiedy się nad tym wszystkim zastanowić to dzisiaj przecież
niektórzy ludzie nie mogą w pewnych miastach wychodzić na ulicę, bo z powodu
zanieczyszczeń konwencjonalnych – chemicznych, Co2, dusi ich astma. A czyż tak
trudno wyobrazić sobie codzienne zerkanie na licznik Geigera, by sprawdzić, czy
danego dnia trzeba wyjść w kombinezonie, czy bez? W każdym razie nie chciałabym doświadczyć
tego na własnej skórze. A niestety, dzieci w niektórych miejscach w Tohoku
doświadczają tego.
Muzeum Matsuo Basho
16.06.2013
Dzisiaj wizyta w małym muzeum Matsuo Basho nad Sumidą, w dzielnicy Tokio zupełnie nieciekawej, tyle że nad rzeką. Dojazd linią Oedo z Azabujuban do Morishita Station a potem pieszo około siedem minut trochę błądząc i meandrując. Padało. W muzeum trochę map, wierszy na zwojach, dokumentów. Trasy jakie pokonywał poeta pieszo - obszedł niemal całą wyspę Honshiu!
Piękny widok na Sumidę z tarasu widokowego gdzie jest pomnik poety.
Potem powrót terenami nieco przemysłowymi, magazyny, autostrada. Lubię takie spacery, mają w sobie coś z wstąpienia na plan filmu science fiction. Wyobrażam sobie jakby to było, jeśli nagle Tokio wyludniłoby się z jakichś powodów i tylko ja przetrwałam. Może już ktoś wcześniej wybrał puszki z napojami z automatów i dla mnie nic by nie zostało? Iść, iść pieszo przez opuszczone miasto niczym przez nieprzebyty łańcuch górski. Często prześladuje mnie taka wizja. Wielkie miasta są jak nieprzebyte łańcuchy górskie. Nie na miarę człowieka. Aż dziw, że zbudowali je ludzie.
Dzisiaj wizyta w małym muzeum Matsuo Basho nad Sumidą, w dzielnicy Tokio zupełnie nieciekawej, tyle że nad rzeką. Dojazd linią Oedo z Azabujuban do Morishita Station a potem pieszo około siedem minut trochę błądząc i meandrując. Padało. W muzeum trochę map, wierszy na zwojach, dokumentów. Trasy jakie pokonywał poeta pieszo - obszedł niemal całą wyspę Honshiu!
Piękny widok na Sumidę z tarasu widokowego gdzie jest pomnik poety.
Potem powrót terenami nieco przemysłowymi, magazyny, autostrada. Lubię takie spacery, mają w sobie coś z wstąpienia na plan filmu science fiction. Wyobrażam sobie jakby to było, jeśli nagle Tokio wyludniłoby się z jakichś powodów i tylko ja przetrwałam. Może już ktoś wcześniej wybrał puszki z napojami z automatów i dla mnie nic by nie zostało? Iść, iść pieszo przez opuszczone miasto niczym przez nieprzebyty łańcuch górski. Często prześladuje mnie taka wizja. Wielkie miasta są jak nieprzebyte łańcuchy górskie. Nie na miarę człowieka. Aż dziw, że zbudowali je ludzie.
sobota, 15 czerwca 2013
Piękno Manazuru
15.06.2013
Dzisiaj, w sobotę wycieczka do miejscowości Manazuru. Nazwa kojarzy mi się z Lazurowym Wybrzeżem, może dlatego mam dla tej miejscowości pewien sentyment. Trzeba wsiąść w pociąg o nazwie Acty w kierunku Atami na stacji Shinagawa w Tokio. Wyjazd o 10.47, przyjazd o 12.00. Manazuru jest spokojnym miasteczkiem rybackim. Mnóstwo restauracyjek z sashimi. Ale najciekawiej jest iść pieszo, najpierw wzdłuż morza a potem drogą do góry(około 4 km). Dociera się na cypel położony na wysokim klifie. Jest tam pawilonik z restauracją - dzisiaj jadłam tam wspaniałe sashimi na ryżu. Potem można iść do małej kawiarenki na nadmorskim tarasie. Widok na morze - dookoła wspaniały. Dalej są góry, te w kierunku górskiej miejscowości Hakone. Można też zejść schodami na sam dół by moczyć stopy w morzu. Na cyplu rosną stare drzewa, las pachnie. Powrót - albo autobusem, albo jeszcze ciekawiej - pieszo, tylko że tym razem górną częścią miasteczka. Można obejrzeć ciekawe domy, jest tam muzeum sztuki nowoczesnej - nieco drogi wstęp, ale mieści się ono w ciekawym starym drewnianym domu. Sennie i pięknie, czyste powietrze, umysł oddycha. Manazuru, mały klejnocik na zurbanizowanej aż nadto wyspie Honsiu.
Dzisiaj, w sobotę wycieczka do miejscowości Manazuru. Nazwa kojarzy mi się z Lazurowym Wybrzeżem, może dlatego mam dla tej miejscowości pewien sentyment. Trzeba wsiąść w pociąg o nazwie Acty w kierunku Atami na stacji Shinagawa w Tokio. Wyjazd o 10.47, przyjazd o 12.00. Manazuru jest spokojnym miasteczkiem rybackim. Mnóstwo restauracyjek z sashimi. Ale najciekawiej jest iść pieszo, najpierw wzdłuż morza a potem drogą do góry(około 4 km). Dociera się na cypel położony na wysokim klifie. Jest tam pawilonik z restauracją - dzisiaj jadłam tam wspaniałe sashimi na ryżu. Potem można iść do małej kawiarenki na nadmorskim tarasie. Widok na morze - dookoła wspaniały. Dalej są góry, te w kierunku górskiej miejscowości Hakone. Można też zejść schodami na sam dół by moczyć stopy w morzu. Na cyplu rosną stare drzewa, las pachnie. Powrót - albo autobusem, albo jeszcze ciekawiej - pieszo, tylko że tym razem górną częścią miasteczka. Można obejrzeć ciekawe domy, jest tam muzeum sztuki nowoczesnej - nieco drogi wstęp, ale mieści się ono w ciekawym starym drewnianym domu. Sennie i pięknie, czyste powietrze, umysł oddycha. Manazuru, mały klejnocik na zurbanizowanej aż nadto wyspie Honsiu.
piątek, 14 czerwca 2013
Tokio i inne miasta Azji
Chodzę
po Tokio w jakimś napięciu, tłumy działają na mnie źle, nie widzę przestrzeni
przed sobą. Mimo, że miasto jest wygodne, ma dużo toalet, miejsc do odpoczynku,
kawiarni gdzie można coś przekąsić (czy trzeba, czy nie trzeba!) to jednak
nieco przeraża. Jest ponad miarę człowieka. Jeśli ktoś sie nad tym nie
zastanawia, to może nie jest to dla niego problem. Ale przecież wielu ludzi
tutaj dostaje świra, nie wiadomo z czego – z tego tłoku, czy też z innych
powodów. Pisarz pochodzenia indyjskiego Naipaul pisał o stresie, na jaki cierpią Indusi mieszkający w swoich
klitkach w wielkich miastach Indii. Tu, w Tokio też ludziom jest chyba ciasno, nawet
jeśli nie całkiem zdają sobie z tego sprawę. Mają mnostwo udogodnień, ale jako
istoty biologiczne i istoty ludzkie nie mają przestrzeni dla swojej cielesnosci
i psychiki.
Podobnie
wielkim miastem jest Hong Kong. Tylko, że tam czuje się, przynajmniej w
niektórych dzielnicach, jakąś przestrzeń dla duszy. Te sklepiki, chaotyczne
uliczki, restauracyjki. To jest na miarę człowieka. Port natomiast robi nieco
przerażające wrażenie swoim ogromem – gigantyczne żurawie w ciemnosci – wieże
świateł w nieokreślonej przestrzeni, ogrom w ktorym nie ma miejsca na piesze
wędrowki ludzkiej mrówki. Jednak jest coś w tym mieście, co wzbudziło moją
sympatię, chociaż zdaję sobie sprawę, że mieszkanie tam na dłuższa metę byłoby
chyba nudne. Tak jak w wielu miastach Azji Dalekowschodniej. Chiny np. tak już się
komercjalizują, że władze zakazały tym świątyniom, do ktorych licznie
przybywają turyści pobierania haraczu pienieżnego za wstęp. Azja zawsze byla
taka – w Tybecie przecież w świątyniach zdzierano z pielgrzymów, ile wlezie. W Indiach może mniej zdzierano. Tutaj, w Japonii świątynie są
biznesami (rodzinnymi najczęściej), na ktorych się zarabia. Buddyjskie też. Tyle, że te ostatnie zarabiają
najczęściej na pogrzebach.
Azja
Dalekiego Wschodu chyba jest w ogóle w pewien sposób nudna. Czytałam opinie
(kto to powiedział??), że buddyzm w Indiach jest filozoficzno-psychologiczny, w
Chinach praktyczny, a w Japonii emocjonalno-estetyczny. To się czuje. W Indiach
jest głębia zachecająca do studiów, Chiny znam mało, a co do Japonii to estetyzm
zdaje się górować nad wszystkim innym. Nie ma niczego do odkrycia, do głębszego
poznania, kończy się na powtarzalnych gestach, które trzeba wykonać według
drobiazgowych przepisów. I cóż z tego wynika? Chyba niewiele. A buddyzm ze
szkół indyjskich –ileż ciekawych możliwości, również psychologicznie rzecz
biorąc. Być może ta praktyczno-powierzchowna orientacja umysłowa Azji
Dalekowschodniej sprawila, że nie przyjęło się tutaj chrześcijaństwo. Bo wymaga
ono trochę innego, głębszego zaangażowania duchowego. Przerażająca jest pustka
duchowa niektórych ludzi Zachodu ( może większości w kulturach anglosaskich?),
ale tutaj, w Japonii też jest nie lepiej. Wszelkie próby zaangażowania ducha
konczą się maniacką orientacją na własną grupę – sekciarstwem. Skarzyła się
jedna Latynoska o pochodzeniu japonskim, że jak w Japonii przyjdzie się do kościola katolickiego zaraz
zaczynają cię wypytywać: jesteś katoliczką, chodzisz do kościoła, gdzie
chodzisz. To jej się nie podobało. Nie miała ochoty wiazać się z
kościołem-instytucją, chciałaby raczej przyjsć w dowolnej porze się pomodlić.
Ale tutaj się na to nie pozwala. Albo jesteś totalnym partycypantem w danej
grupie, albo odejdź. Totalitaryzm duchowy Azji Dalekowschodniej.
Dziwne
życie japońskiego poety Matsuo Basho (XVII wiek) to jakby potwierdzenie tego, co piszę powyżej.
On nie chciał żyć w trybach społeczeństwa poddanego totalnej kontroli. Zamieszkał
w podróżach. Tacy, jak on określani byli mianem szaleńcow (FUKYO). Wiedli życie
na obrzeżach świata. Nie musiał się obawiać, że ktoś każe mu popełnić sepuku.
XX-wieczne totalitaryzmy były sprawniejsze: komu udało się ujść kleszczom
stalinizmu? Może gdzieś w głębi syberyjskich lasów – tak. Ale nie jestem pewna...
czwartek, 13 czerwca 2013
Stojąc na rogu ulicy
13.06.2013
Dzisiaj stałam około 20 minut na roku ulicy czekając na
spotkanie. Obserwowalam ludzi, którzy przekraczali na zmieniających się
światłach główną ulicę przede mną. Po prawej ręce miałam przecznicę, również z
przejściem dla piszych i światłami. Padał deszcz, ludzie spieszyli się często
potrącając mój parasol. Zauważyłam ubranego jak taksówkarz tokijski człowieka –
biała koszula, czarna kamizelka i spodnie, który chodził tam i z powrotem z
dziecięcym gumowym kaloszem w kolorze niebieskim – w ręku. Nawet myślałam na
początku, ze to ktoś z jakimiś problemami umysłowymi, nie brakuje takich ludzi
w olbrzymim mieście Tokio. Ale potem dostrzegłam, że człowiek ten zagląda na
taksówkę, która stoi za przejściem dla pieszych i upewniwszy się, że wszystko w
porządku wraca na przejście dla pieszych znajdujące się po mojej prawej ręce.
Przeszedł tak kilka razy. W końcu wyjął telefon komórkowy i zaczął wybierać
numer. W tym momencie podeszła do niego młoda kobieta – jak się domyśliłam
matka dziecka, które zgubiło kalosz. Mężczyzna wręczył jej butek a ona,
kłaniając się kilka razy ze słowami wdzięczności wręczyła mu metalową butelkę z
ciepłym napojem zakupionym w automacie. W ten sposób zrewanżowała się za
zwrócenie zguby! Oboje jeszcze raz wymienili ukłony i rozeszli się. Oto Japonia!
środa, 12 czerwca 2013
Irracjonalna strona Japonii
12.06.2013
M.H. powiedziała mi, że w jej okolicy, na trasie Nambu Line jest przed miejscowością
skrzyżowanie, gdzie stały figury Jizo. Japończycy postanowili poprowadzić drogę
przez miejsce, gdzie stały figury. Przenieśli je gdzie indziej. Na nowej drodze
było tyle wypadków, że ludzie domagali się przywrócenia figur na ich dawne
miejsce, co zrobiono. Wybudowano objazd tej części drogi. Liczba wypadków zmniejszyła się.
Jizo to chyba najczęściej przedstawiane bóstwo w Japonii - jego figury stoją przy drogach, na polach,, na cmentarzach. Jizo opiekuje sie dziećmi, które zmarły wcześniej od swoich rodziców i nie są w stanie samodzielnie przekroczyć japońskiej "rzeki Styks", albo też tymi, które ulegly poronieniu albo nie przyszły na świat z powodu aborcji.
W październiku 2012 wybraliśmy się na miejsce, do którego przyjeżdżają rodzice których dzieci umarły. Wiele czasu zajęło mi opracowanie dojazdu do Osorezan – Straszliwej Góry, albo też Góry Lęku i Trwogi położonej w prefekturze Aoyama, na Półwyspie Shimokita, w północnej części wyspy Honsiu. Z Tokio do Osorezan jest ponad 800 km. Pierwszy etap naszej podróży to superszybki pociąg – shinkansen o 6.28 ze stacji Tokio. O 10.01 byliśmy na stacji Shin-Aomori, skąd trzeba było przesiąść na ekspres jadący do Aomori. Stamtąd ekspresem do Shimokita. Z Shimokita autobusem lokalnym do Osorezan, gdzie był koniec wszelkich ziemskich szlaków. Byliśmy na miejscu o 13.30. Autobus przejechał drogą asfaltową obok czerwonego mostku, który według opisów tych, co tam byli prowadzić miał do krainy zmarłych. Podjechaliśmy pod samą niemal świątynię Bodaiji zarządzaną przez sektę zen sōto. Natychmiast podszedł do nas przewodnik z identyfikatorem na ramieniu, poprowadził pod kasę świątyni gdzie (obowiązkowo !) kupiliśmy bilety. Następnie przekroczyliśmy próg świątyni i idąc za przewodnikiem poszli do schroniska dla pielgrzymów – shukubo, gdzie mieliśmy rezerwację noclegu. Przewodnik dopilnował, żebyśmy zdjęli buty we właściwy sposób i zamknęli je w specjalnych szafkach, ubrali specjalne pantofle i , tak przygotowanych doprowadził do recepcji. Tam, po wypełnieniu karty meldunkowej zostaliśmy zaprowadzeni przez kobietę, ale nie-mniszkę do pokoju. Był to olbrzymi pokój wyłożony plecionymi ze słomy ryżowej matami tatami (chyba 20 mat, nie liczyłam, ale wielkość tradycyjnych japońskich pokoi mierzy się liczbą mat tatami), z przedpokojem, gdzie nie było mat i gdzie należalo zostawić pantofle. Była toaleta z muszlą klozetową ze wszystkimi aplikacjami (mycie, podgrzewanie, suszenie) oraz obok pomieszczenie do mycia się – dwie umywalki. Nie było wanny ani prysznica, ale nie narzekaliśmy, bo w innym schronisku dla pielgrzymów gdzie byliśmy (Mont Koya) nie mieliśmy ani toalety ani wody w pokoju. W Osorezan myć można się było nie w pokojach, ale w drewnianych budyneczkach rozsianych po siarkowej pustyni – były w nich baseniki z wodą siarkową, albo w dużym ofuro, czyli łaźni, która znajdowała się w budynku, gdzie nocowaliśmy.
Czyste powietrze, atmosfera nieco z innego świata (gongi, bębny, medytacje, modlitwy) uspokajały, oczyszczały ciało i umysł. Schronisko było nowiutkie, pachnące świeżym drewnem, bardzo przyjemne. Wielkie pierzyny na futonach ułożonych na podłodze wydawały nam się nawet za ciepłe na tą porę roku. Spało się bardzo dobrze, panowała idealna cisza. Podobno mnisi wstają o 3.00 i rozpoczynają dzień medytacją. Ale poruszają się bezszelestnie i nawet nie wiem, ilu ich było. Główny mnich, pewnie opat tego buddyjskiego klasztoru, miał zapewne napięty program zajęć, gdyż nie chciał zbyt długo rozmawiać z nami. Mówił zresztą tylko po japońsku. Jeśli ktoś przyjechałby tutaj znając tylko angielski, mogłoby mu być trudno się porozumieć.
Powrót do Tokio rozpoczęliśmy od wyjazdu z Osorezan autobusem o 10.00. Po drodze mieliśmy 2,5 godziny na zwiedzenie portu i okolic stacji w stolicy prefektury Aomori. Stoi tam zamieniony na muzeum prom, który do czasu zbudowania podmorskiego tunelu (100 m pod poziomem morza!) zapewniał komunikację miedzy wyspami Honsiu i Hokkaido. Teraz na trasie Honsiu-Hokkaido podróżuje się pociągiem.
Do domu wróciliśmy o 23.00 wieczorem (niedziela). Po takich wyjazdach bardzo wyraźnie widzi się różnicę między życiem w Tokio i na prowincji. Przede wszystkim w Tokio męczą tłumy, nieświeże powietrze (wyziewy z klimatyzacji i kanałów!) i presja reklam zmuszających do zapoznawania się z mnóstwem niezbyt potrzebnych, jak się okazuje w czasie pobytu na prowincji, rzeczy.
Kiedy wieczorem rozpakowałam mój plecak moja koszula nocna cuchnęła mocno siarką!
Jizo to chyba najczęściej przedstawiane bóstwo w Japonii - jego figury stoją przy drogach, na polach,, na cmentarzach. Jizo opiekuje sie dziećmi, które zmarły wcześniej od swoich rodziców i nie są w stanie samodzielnie przekroczyć japońskiej "rzeki Styks", albo też tymi, które ulegly poronieniu albo nie przyszły na świat z powodu aborcji.
W październiku 2012 wybraliśmy się na miejsce, do którego przyjeżdżają rodzice których dzieci umarły. Wiele czasu zajęło mi opracowanie dojazdu do Osorezan – Straszliwej Góry, albo też Góry Lęku i Trwogi położonej w prefekturze Aoyama, na Półwyspie Shimokita, w północnej części wyspy Honsiu. Z Tokio do Osorezan jest ponad 800 km. Pierwszy etap naszej podróży to superszybki pociąg – shinkansen o 6.28 ze stacji Tokio. O 10.01 byliśmy na stacji Shin-Aomori, skąd trzeba było przesiąść na ekspres jadący do Aomori. Stamtąd ekspresem do Shimokita. Z Shimokita autobusem lokalnym do Osorezan, gdzie był koniec wszelkich ziemskich szlaków. Byliśmy na miejscu o 13.30. Autobus przejechał drogą asfaltową obok czerwonego mostku, który według opisów tych, co tam byli prowadzić miał do krainy zmarłych. Podjechaliśmy pod samą niemal świątynię Bodaiji zarządzaną przez sektę zen sōto. Natychmiast podszedł do nas przewodnik z identyfikatorem na ramieniu, poprowadził pod kasę świątyni gdzie (obowiązkowo !) kupiliśmy bilety. Następnie przekroczyliśmy próg świątyni i idąc za przewodnikiem poszli do schroniska dla pielgrzymów – shukubo, gdzie mieliśmy rezerwację noclegu. Przewodnik dopilnował, żebyśmy zdjęli buty we właściwy sposób i zamknęli je w specjalnych szafkach, ubrali specjalne pantofle i , tak przygotowanych doprowadził do recepcji. Tam, po wypełnieniu karty meldunkowej zostaliśmy zaprowadzeni przez kobietę, ale nie-mniszkę do pokoju. Był to olbrzymi pokój wyłożony plecionymi ze słomy ryżowej matami tatami (chyba 20 mat, nie liczyłam, ale wielkość tradycyjnych japońskich pokoi mierzy się liczbą mat tatami), z przedpokojem, gdzie nie było mat i gdzie należalo zostawić pantofle. Była toaleta z muszlą klozetową ze wszystkimi aplikacjami (mycie, podgrzewanie, suszenie) oraz obok pomieszczenie do mycia się – dwie umywalki. Nie było wanny ani prysznica, ale nie narzekaliśmy, bo w innym schronisku dla pielgrzymów gdzie byliśmy (Mont Koya) nie mieliśmy ani toalety ani wody w pokoju. W Osorezan myć można się było nie w pokojach, ale w drewnianych budyneczkach rozsianych po siarkowej pustyni – były w nich baseniki z wodą siarkową, albo w dużym ofuro, czyli łaźni, która znajdowała się w budynku, gdzie nocowaliśmy.
Kobieta
zostawiła nas samych wręczając kartkę (po angielsku) z opisem, jak należy się
zachowywać nocując w klasztorze i z rozkladem dnia: od 5.00 rano czynne jest duże ofuro, gdzie można się umyć i wymoczyć
we wrzątku (myłam się, ale nie moczyłam we wrzątku, który na pewno miał ponad
40 C ). O 6.30 w głównej świątyni jest poranna medytacja i recytacje sutr
buddyjskich, o 7.30 wegetariańskie śniadanie. Kolacja o godzinie 17.30 –
również wegetariańska.
Zostawiliśmy
nasze tłumoczki i poszli oglądać okolice. Była godzina 14.00. Obiad zjedliśmy
już wcześniej w pociągu. Swieciło słońce więc białe skały z żółtymi siarkowymi
plamami nie wyglądały specjalnie ponuro. Wszędzie unosil się zapach siarki i
białe opary. Gdzieniegdzie pod ziemią coś bulgotało. Szliśmy prowadzeni przez
strzałki zatrzymując się po drodze przed posągami i figurkami boddisatwy Jizo - opiekuna dusz dziecięcych po śmierci, według
ludowych wierzeń buddyjskich w Japonii. Mijaliśmy kopczyki z kamieni, usypane
przez pielgrzymów. Na wielu z tych kopczyków kręciły sie kolorowe wiatraczki.
Wszędzie pełno było małych ołtarzyków z figurkami Jizo, w ubranku lub bez, oraz
kamieni a nawet dużych muszli z napisami po japońsku. Wiatraczki jęczały,
piszczały, płakały. Zostawiają je tutaj rodzice zmarłych dzieci. Wiatr wieje tu
zawsze. Na jeziorze, do którego doprowadzały strzałki były drobne fale –
jezioro to zawiera duże ilości trujących minerałów, m.in. siarki i ołowiu, toteż
nie ma w nim życia. Jest za to biała plaża, na której płaczą wiatraczki. Spotykaliśmy
grupy Japończyków, którzy przyjechali tutaj autokarami. Natomiast następnego dnia
(21.10) w niedzielę rano grup nie było. Chodzili
po ścieżkach ludzie, którzy zanocowali, tak jak i my, w shukubo – były to pary a nawet sami mężczyźni, niektórzy ubrani na
ciemno, ze smutkiem w oczach. Poranna medytacja (6.30) wymagała siedzenia na kolanach
albo po turecku. Prowadzący ją mnich najpierw wygłosił cos w rodzaju kazania ( nie
rozumiałam nic, ale wciąż powtarzało się imię Jizo oraz słowo kodomo, co po japońsku znaczy dziecko. Następnie po waleniu w bęben i
hałaśliwych, wprawiających powietrze w drżenie gongach (asystent mnicha),
nastąpiło wyczytywanie nazwisk obecnych – w tym naszego, z podaniem miejsca, z
którego dana osoba przyjechała. W naszym przypadku podano “Polska”. Jeśli
chodzi o Japończyków podawano nazwy prefektur. Potem wyczytywano imiona i
nazwiska zmarłych dzieci. W końcu asystent zaczął recytować sutry buddyjskie.
Po zakończeniu obrzędow można było obejrzeć wnętrze świątyni, pójść za
“ołtarz”, czyli za figurę Jizo.
Kiedy
po śniadaniu poszliśmy ponownie na dróżki meandrujące wśród siarkowych wyziewów
zauważyliśmy, że pojawiły się nowe kamyki i muszle z napisami japonskimi. Wiał
silny wiatr, jęczały wiatraczki, niebem sunęły chmury, fale na jeziorze połyskiwały seledynem. Może
nie było aż tak straszno, ale trochę smutno. Czerwony mostek widać było z daleka. To po nim przechodzą dusze do świata umarłych.
Dwa
posilki, jakie jedliśmy w klasztorze – kolacja i śniadanie były bardzo malownicze. Na
kolację podano tempura (warzywa smażone
w panierce), zupkę miso, ryz i pikle różnego rodzaju oraz słodką fasolę. Przed posilkiem byla modlitwa, którą prowadzil mnich (ten sam, co
w świątyni - jest on zarzadcą a może i właścicielem, albo współwlascicielem
światyni i bardzo się stara, by kult Jizo sie rozwijał). Następnie zjedliśmy
kolację pałeczkami, które mielismy przynieść również na śniadanie. Nic się nie
mogło tutaj zmarnować, wszechobecna prostota życia i oszczędność bardzo mi się
podobały. W czasie kolacji zagadnęła nas para Japończyków – ona znała naszego
kolegę z pracy, który kiedyś pracował w Japonii w turystyce. Ale jak to w kontaktach z Japończykami -
porozmawialiśmy tylko trochę, oni nie nawiązywali bliższych więzi. On znał się
nieco na religii buddyjskiej i z zapałem recytował modlitwy przed posiłkiem.
Ona nie umiała ich zapewne nawet przeczytać, bo nie dotrzymywała mu kroku.
Język religijny bardzo różni się od codziennego. Ledwo skończyłam śmigać
pałeczkami (umiem w ten sposób zjeść nawet zupę miso) a tu mnich oznajmił
koniec kolacji intonując modlitwę dziękczynną. Ci, którzy chcieliby dobrać sobie
ryżu nie mieli szans. Po kolacji w holu przed jadalnią można było oglądnąć film
na temat Osorezan: głównie zdjęcia z lokalnych świąt – w czerwcu przyjeżdżają tutaj
tłumy, by poprzez kobiece media itako nawiązywać
kontakt ze swymi drogimi zmarłymi.
Jak
to w Japonii, nie było to wszystko tak bardzo odcięte od osiągnięć cywilizacji, bo np.
schronisko było zradiofonizowane i mnich przez głośniki zapowiadał, że pora
wstawać. Odcięcie od świata żywych było tez raczej umowne, gdyż most przez
miejscowy odpowiednik naszej rzeki Styks stał sobie tak po prostu, nie był
konieczny, gdyż autobus i tak dojeżdżał do samego “buddyjskiego piekła” asfaltową
drogą. Jezioro było częściowo ogrodzone, przynajmniej od strony olbrzymiego
parkingu, przewidzianego na przyjazdy hord zmotoryzowanych pielgrzymów. Ale
trzeba przyznać, po kolacji nie było już nic do roboty, zapadała ciemność i iście
klasztorny spokój, można było co najwyżej udać się do drewnianych łaźni
rozstawionych gdzieś w ciemności na polach siarkowych, albo pójść spać.
Poszliśmy spać o 20.00. Czyste powietrze, atmosfera nieco z innego świata (gongi, bębny, medytacje, modlitwy) uspokajały, oczyszczały ciało i umysł. Schronisko było nowiutkie, pachnące świeżym drewnem, bardzo przyjemne. Wielkie pierzyny na futonach ułożonych na podłodze wydawały nam się nawet za ciepłe na tą porę roku. Spało się bardzo dobrze, panowała idealna cisza. Podobno mnisi wstają o 3.00 i rozpoczynają dzień medytacją. Ale poruszają się bezszelestnie i nawet nie wiem, ilu ich było. Główny mnich, pewnie opat tego buddyjskiego klasztoru, miał zapewne napięty program zajęć, gdyż nie chciał zbyt długo rozmawiać z nami. Mówił zresztą tylko po japońsku. Jeśli ktoś przyjechałby tutaj znając tylko angielski, mogłoby mu być trudno się porozumieć.
Powrót do Tokio rozpoczęliśmy od wyjazdu z Osorezan autobusem o 10.00. Po drodze mieliśmy 2,5 godziny na zwiedzenie portu i okolic stacji w stolicy prefektury Aomori. Stoi tam zamieniony na muzeum prom, który do czasu zbudowania podmorskiego tunelu (100 m pod poziomem morza!) zapewniał komunikację miedzy wyspami Honsiu i Hokkaido. Teraz na trasie Honsiu-Hokkaido podróżuje się pociągiem.
Do domu wróciliśmy o 23.00 wieczorem (niedziela). Po takich wyjazdach bardzo wyraźnie widzi się różnicę między życiem w Tokio i na prowincji. Przede wszystkim w Tokio męczą tłumy, nieświeże powietrze (wyziewy z klimatyzacji i kanałów!) i presja reklam zmuszających do zapoznawania się z mnóstwem niezbyt potrzebnych, jak się okazuje w czasie pobytu na prowincji, rzeczy.
Kiedy wieczorem rozpakowałam mój plecak moja koszula nocna cuchnęła mocno siarką!
Łażenie po sklepach w Tokio
12.06.2013
Porównuję sklepy tej samej firmy w różnych miejscach Tokio. Okazuje
się, że ZARA ma inne rzeczy na Shibuyi, inne na Omoteshando. Albo przynajmniej
inaczej rozkłada akcenty. Na Shibuyi było dużo rzeczy typu: czarna skóra. Na
Omoteshando bylam dzien wcześniej, zwiedzalam też ZARA i Oriental Bazaar pod
kątem prezentow dla rodziny w kraju. Tutaj ZARA eksponowała raczej bardziej klasyczne
rzeczy. Byly stylowe torebki, niedrogie ale wyglądające na najlepszą brązową
skórę. Do tego długie spódnice z lejącego materiału w osobliwym kolorze
intensywnie pomarańczowym. To teraz najmodniejszy kolor. Z kolei w
Benedtonie mierzyłam bezrękawnik – nawet dobrze byłoby mi w nim było, ale czy
potrzebuję bezrękawnik? W tym świecie nadmiaru towarów, ciagle coś nowego sie
pokazuje, ale człowiek nie miałby czasu tego wszystkiego ubrać, gdyby tak na
bieżąco kupował. Lubię Omoteshando Hills- dom towarowy z “wartością dodaną”,
tj. można się w nim czuć, jak w glerii sztuki: słychać tajemnicze dźwięki, czuć
zapachy, są tam czasem oryginalne wystawy (zwłaszcza na Boże Narodzenie - konstrukcja z lampiona i zwierzątek w barwie mrozu) albo po prostu można oglądać wnętrza sklepów.
Ale bardzo drogo. Kupuję tam głównie skarpetki na samym dole – są takie ładne!
Niektóre ubrałam tylko raz! Własciwie trzeba by do takich miejsc podchodzić inaczej: zwiedzać je, jak się zwiedza galerie sztuki, nie kupując.
poniedziałek, 10 czerwca 2013
Koniec z jedzeniem rybek
10.06.2013
Wczoraj byliśmy w Jokohamie i aż ciekła mi ślinka na widok apetycznych dań z węgorzem widniejących na zdjęciach restauracji tu i ówdzie. No a dzisiaj dowiaduję się, że węgorze są mocno radioaktywne! Wydaje się, że im dalej od katastrofy w elektrowni atomowej w Fukushimie (11/03/2013) tym bardziej kwestie żywności stają się problematyczne. Jeśli węgorze łapane w rzekach w okolicach Tokio są radioaktywne – poziom becquereli przekracza znacznie ten dopuszczony przez japoński rząd to znaczy to, że i woda nie jest pozbawiona skażeń… Węgorz na razie wypadł z mojej diety. Niestety, inne ryby również nie są wolne od skażeń. Nie wiedziałam o tym, ale od około roku kiedy zjadłam łososia czułam po około dwóch godzinach mocne osłabienie wzroku. Doszłam do wniosku, że przestanę jeść tą rybę, bo związek był bardzo wyraźnie obserwowalny i regularnie powtarzający się. Okazuje się, że ocean Spokojny nie ma nieograniczonej zdolności rozpuszczania skażeń jak chcieliby wierzyć niektórzy zwolennicy „bezpiecznej energii atomowej”. Cóż, szkoda. Ryby są takie dobre. I zdrowe… podobno. Chyba to już czas przeszły.
Małżeństwa mieszane
9.06.2013
7 maja 2013 w piątek byłam na wykładzie na temat małżeństw
mieszanych kulturowo. Mówił psycholog pracujący na Sophia University i jednocześnie
prowadzący praktykę kliniczną w Tokio.
Na sali były kobiety Polki mające mężów Japończyków . Dla
nich był to wykład porządkujący obserwacje zebrane na domowym podwórku. Przede wszystkim
małżeństwa wielokulturowe skazane są najczęściej na porażkę. Składa się na to
wiele przyczyn. Jedną z nich są różnice oczekiwań co do małżeństwa, odmienne
role płci w różnych kulturach, różne postrzeganie tego, czym jest rodzina i jak
trzeba się z nią kontaktować. Np. w kulturze polskiej jeśli dwoje ludzi się
poznaje i zamierza zawrzeć związek małżeński oznacza to, że chcą być ze sobą.
To jest dla nich najważniejsze. „Z teściową się nie żeniłem” – można czasami
usłyszeć takie zdanie u młodego małżonka.
Tymczasem w kulturach azjatyckich kontakty z rodziną są bardzo ważne. Bo
małżeństwo to związek dwóch rodzin o podobnym statusie. Celem związku jest
przedłużenie dobrobytu całej rodziny jako takiej, kontynuowanie prowadzenia
biznesu, zapewnienie potomków do dziedziczenia majątku. Toteż rodzina „wtrąca”
się w wychowanie dzieci, ingeruje w zachowania uznawane w Europie za „prywatne”.
W Japonii nie jest inaczej, mimo że coraz większego znaczenia nabiera rodzina „nuklearna”,
para młodych + dziecko (dzieci). Japończycy przychodzący po poradę wraz ze
swoimi odmiennokulturowymi współmałżonkami wypowiadają panujące w Japonii
przekonanie, że „małżeństwo to koniec życia”. Ale dotyczy to konfiguracji
Japonka+Japończyk, gdyż japońska kobieta zamienia się z dziewczyny w matkę
kiedy tylko urodzi dziecko. Wyrzuca wtedy męża ze swojej sypialni i sypia z
dzieckiem. Kiedy ona jest Japonką a on Polakiem – bo coraz więcej jest już
takich małżeństw – polscy małżonkowie cierpią z powodu „odrzucenia”, tj ich
życie zmienia się o 180 stopni w momencie gdy ich partnera staje się matką. Nie
rozumieją tego, nie akceptują. Japonki zainteresowane są by mąż przynosił do
domu pieniądze. Jego osoba nie jest im za bardzo potrzebna do szczęścia. Tu
powstają konflikty. Z kolei Polki, kiedy pojawia się jakiś małżeński problem
chciałyby go omówić. Z Japończykiem jest to niemal niemożliwe. Jemu wystarczy
jedno słowo – uznaje dyskusję za zakończoną. Czy jest recepta na szczęśliwy
związek dwukulturowy? Wymaga to dużo cierpliwości, poznania kultury
współmałżonka i czasami nie upierania się przy swoim. Ważne też, żeby ustalić w
jakiej tradycji będzie się wychowywało dzieci, jak będzie się gospodarować
pieniędzmi (kto trzyma kasę?), jak będziemy traktować teściów i na ile
pozwolimy ingerować w nasz związek. Konkluzja ze spotkania nie była zbyt wesoła
a wiele kobiet stwierdziło, że wszystko, co powiedział psycholog zgadza się z
ich doświadczeniami. Ciekawe było też niezmienne postrzeganie przez mężczyzn z
Zachodu Japonek jako „miłych, kobiecych, łagodnych”. Jest to pewien stereotyp,
tym bardziej po ślubie często następuje rozczarowanie gdy żona nie przypomina
uległego, miłego dziewczątka, z którym delikwent zawierał związek. Okazuje się często,
że to on musi się podporządkować i niekoniecznie mu się to podoba. Przykłady
znam z obserwacji. Zabawnie jest widzieć, jak zachwyt nad Japonią i Japonkami
po ślubie zamienia się w intensywną krytykę. No, może zabawne dla postronnego
obserwatora, bo już dla zainteresowanego – wcale nie. Tak więc uwaga! Małżeństwo
to loteria a zawierając związek z kimś odmiennym kulturowo dodajemy tylko
trudności do już trudnego przypadku.
sobota, 1 czerwca 2013
Podziwiam Japończyków!
30.05.2013
Jestem po wrażeniem! Podziwiam tych Japończyków!
80-letni Japończyk Yuichiro Miura zdobył Mont Everest! Wspinaczka to walka
nie tylko z górami ale i z sobą. Pokonanie słabości własnego organizmu przy zmniejszonej ilości tlenu, przy
piętnastostopniowym mrozie, z 30 kilogramowym plecakiem na grzebiecie, ze świadomością,
że kiedyś miało się złamaną miednicę i kość udową i cztery operacje serca – to
musi być wyzwanie!
Wspaniały przykład dla kwękających
sześćdziesięciolatków! Materiał do
przemyśleń dla tych, którzy pięćdziesięciolatka uważają za zużyty od starości
wrak. Uczmy się od Japończyków!
Codziennie spotykam ludzi, którzy mają więcej niż
sześćdziesiąt lat. Pracują, działają na rzecz innych, tryskają pozytywną
energią. Widuję osoby idące ulicą i opierające się na balkoniku, patrzę z
sympatię na kobiety o zadbanych włosach i twarzach przychylone do ziemi, o
grzbietach „zgiętych jak krewetka” – zgodnie z życzeniem japońskim długich lat
życia (Obyś żył tak długo, żeby twój grzbiet zgiął się jak u krewetki!). Podziwiam tych, którzy tworzą – teatr, grupę
badawczą, ochotniczo przeprowadzają dzieci i dorosłych przez jezdnię unosząc
żółtą chorągiewkę, parzą i podają herbatę w parkach i na trasach spacerowych.
Zastanawiam się: jak to możliwe? I powoli przychodzi
refleksja. W Japonii musi istnieć skuteczna służba zdrowia. Skuteczne leczenie.
Bo przecież niemożliwe, żeby ci wszyscy ludzie byli idealnie zdrowi. Otrzymują
skuteczną pomoc, kiedy to konieczne. Poprawia to jakość ich życia. Czy kiedyś
doczekamy się tego u siebie w kraju? Wątpię…
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)