środa, 12 czerwca 2013

Irracjonalna strona Japonii

12.06.2013

              M.H. powiedziała mi, że w jej okolicy, na trasie Nambu Line jest przed miejscowością skrzyżowanie, gdzie stały figury Jizo. Japończycy postanowili poprowadzić drogę przez miejsce, gdzie stały figury. Przenieśli je gdzie indziej. Na nowej drodze było tyle wypadków, że ludzie domagali się przywrócenia figur na ich dawne miejsce, co zrobiono. Wybudowano objazd tej części drogi.  Liczba wypadków zmniejszyła się.
              Jizo to chyba najczęściej przedstawiane bóstwo w Japonii - jego figury stoją przy drogach, na polach,, na cmentarzach. Jizo opiekuje sie dziećmi, które zmarły wcześniej od swoich rodziców i nie są w stanie samodzielnie przekroczyć japońskiej "rzeki Styks", albo też tymi, które ulegly poronieniu albo nie przyszły na świat z powodu aborcji.
          W październiku 2012 wybraliśmy się na miejsce, do którego przyjeżdżają rodzice których dzieci umarły. Wiele czasu zajęło mi opracowanie dojazdu do Osorezan – Straszliwej Góry, albo też  Góry Lęku i Trwogi położonej w prefekturze Aoyama, na Półwyspie Shimokita, w północnej części wyspy Honsiu. Z Tokio do Osorezan jest ponad 800 km. Pierwszy etap naszej podróży to superszybki pociąg – shinkansen o 6.28 ze stacji Tokio. O 10.01 byliśmy na stacji Shin-Aomori, skąd trzeba było przesiąść na ekspres jadący do Aomori. Stamtąd ekspresem do Shimokita. Z Shimokita autobusem lokalnym do Osorezan, gdzie był koniec wszelkich ziemskich  szlaków. Byliśmy na miejscu o 13.30. Autobus przejechał drogą asfaltową obok czerwonego mostku, który według opisów tych, co tam byli prowadzić miał do krainy zmarłych. Podjechaliśmy pod samą niemal świątynię Bodaiji zarządzaną przez sektę zen sōto. Natychmiast podszedł do nas przewodnik z identyfikatorem na ramieniu, poprowadził pod kasę świątyni gdzie (obowiązkowo !) kupiliśmy bilety. Następnie przekroczyliśmy próg świątyni i idąc za przewodnikiem poszli do schroniska dla pielgrzymów – shukubo, gdzie mieliśmy rezerwację noclegu. Przewodnik dopilnował, żebyśmy zdjęli buty we właściwy sposób i zamknęli je w specjalnych szafkach, ubrali specjalne pantofle i , tak przygotowanych doprowadził do recepcji. Tam, po wypełnieniu karty meldunkowej zostaliśmy zaprowadzeni przez kobietę, ale nie-mniszkę do pokoju. Był to olbrzymi pokój wyłożony plecionymi ze słomy ryżowej matami tatami (chyba 20 mat, nie liczyłam, ale wielkość tradycyjnych japońskich pokoi mierzy się liczbą mat tatami), z przedpokojem, gdzie nie było mat i gdzie należalo zostawić pantofle. Była toaleta z muszlą klozetową ze wszystkimi aplikacjami (mycie, podgrzewanie, suszenie) oraz obok pomieszczenie do mycia się – dwie umywalki. Nie było wanny ani prysznica, ale nie narzekaliśmy, bo w innym schronisku dla pielgrzymów gdzie byliśmy (Mont Koya) nie mieliśmy ani toalety ani wody w pokoju. W Osorezan myć można się było nie w pokojach, ale w drewnianych budyneczkach rozsianych po siarkowej pustyni – były w nich baseniki z wodą siarkową, albo w dużym ofuro, czyli łaźni, która znajdowała się w budynku, gdzie nocowaliśmy.

Kobieta zostawiła nas samych wręczając kartkę (po angielsku) z opisem, jak należy się zachowywać nocując w klasztorze i z rozkladem dnia: od 5.00 rano czynne jest duże ofuro, gdzie można się umyć i wymoczyć we wrzątku (myłam się, ale nie moczyłam we wrzątku, który na pewno miał ponad 40 C ). O 6.30 w głównej świątyni jest poranna medytacja i recytacje sutr buddyjskich, o 7.30 wegetariańskie śniadanie. Kolacja o godzinie 17.30 – również wegetariańska.

Zostawiliśmy nasze tłumoczki i poszli oglądać okolice. Była godzina 14.00. Obiad zjedliśmy już wcześniej w pociągu. Swieciło słońce więc białe skały z żółtymi siarkowymi plamami nie wyglądały specjalnie ponuro. Wszędzie unosil się zapach siarki i białe opary. Gdzieniegdzie pod ziemią coś bulgotało. Szliśmy prowadzeni przez strzałki zatrzymując się po drodze przed posągami i figurkami boddisatwy Jizo - opiekuna dusz dziecięcych po śmierci, według ludowych wierzeń buddyjskich w Japonii. Mijaliśmy kopczyki z kamieni, usypane przez pielgrzymów. Na wielu z tych kopczyków kręciły sie kolorowe wiatraczki. Wszędzie pełno było małych ołtarzyków z figurkami Jizo, w ubranku lub bez, oraz kamieni a nawet dużych muszli z napisami po japońsku. Wiatraczki jęczały, piszczały, płakały. Zostawiają je tutaj rodzice zmarłych dzieci. Wiatr wieje tu zawsze. Na jeziorze, do którego doprowadzały strzałki były drobne fale – jezioro to zawiera duże ilości trujących minerałów, m.in. siarki i ołowiu, toteż nie ma w nim życia. Jest za to biała plaża, na której płaczą wiatraczki. Spotykaliśmy grupy Japończyków, którzy przyjechali tutaj autokarami. Natomiast następnego dnia (21.10) w niedzielę rano grup nie było.  Chodzili po ścieżkach ludzie, którzy zanocowali, tak jak i my, w shukubo – były to pary a nawet sami mężczyźni, niektórzy ubrani na ciemno, ze smutkiem w oczach. Poranna medytacja (6.30) wymagała siedzenia na kolanach albo po turecku. Prowadzący ją mnich najpierw wygłosił cos w rodzaju kazania ( nie rozumiałam nic, ale wciąż powtarzało się imię Jizo oraz słowo kodomo, co po japońsku znaczy dziecko. Następnie po waleniu w bęben i hałaśliwych, wprawiających powietrze w drżenie gongach (asystent mnicha), nastąpiło wyczytywanie nazwisk obecnych – w tym naszego, z podaniem miejsca, z którego dana osoba przyjechała. W naszym przypadku podano “Polska”. Jeśli chodzi o Japończyków podawano nazwy prefektur. Potem wyczytywano imiona i nazwiska zmarłych dzieci. W końcu asystent zaczął recytować sutry buddyjskie. Po zakończeniu obrzędow można było obejrzeć wnętrze świątyni, pójść za “ołtarz”, czyli za figurę Jizo.

Kiedy po śniadaniu poszliśmy ponownie na dróżki meandrujące wśród siarkowych wyziewów zauważyliśmy, że pojawiły się nowe kamyki i muszle z napisami japonskimi. Wiał silny wiatr, jęczały wiatraczki, niebem sunęły chmury,  fale na jeziorze połyskiwały seledynem. Może nie było aż tak straszno, ale trochę smutno. Czerwony mostek widać było z daleka. To po nim przechodzą dusze do świata umarłych. 

Dwa posilki, jakie jedliśmy w klasztorze – kolacja i śniadanie były bardzo malownicze. Na kolację podano tempura (warzywa smażone w panierce), zupkę miso, ryz i pikle różnego rodzaju oraz słodką fasolę. Przed posilkiem byla modlitwa, którą prowadzil mnich (ten sam, co w świątyni - jest on zarzadcą a może i właścicielem, albo współwlascicielem światyni i bardzo się stara, by kult Jizo sie rozwijał). Następnie zjedliśmy kolację pałeczkami, które mielismy przynieść również na śniadanie. Nic się nie mogło tutaj zmarnować, wszechobecna prostota życia i oszczędność bardzo mi się podobały. W czasie kolacji zagadnęła nas para Japończyków – ona znała naszego kolegę z pracy, który kiedyś pracował w Japonii w turystyce.  Ale jak to w kontaktach z Japończykami - porozmawialiśmy tylko trochę, oni nie nawiązywali bliższych więzi. On znał się nieco na religii buddyjskiej i z zapałem recytował modlitwy przed posiłkiem. Ona nie umiała ich zapewne nawet przeczytać, bo nie dotrzymywała mu kroku. Język religijny bardzo różni się od codziennego. Ledwo skończyłam śmigać pałeczkami (umiem w ten sposób zjeść nawet zupę miso) a tu mnich oznajmił koniec kolacji intonując modlitwę dziękczynną. Ci, którzy chcieliby dobrać sobie ryżu nie mieli szans. Po kolacji w holu przed jadalnią można było oglądnąć film na temat Osorezan: głównie zdjęcia z lokalnych świąt – w czerwcu przyjeżdżają tutaj tłumy, by poprzez kobiece media itako nawiązywać kontakt ze swymi drogimi zmarłymi. 
              Jak to w Japonii, nie było to wszystko tak bardzo odcięte od osiągnięć cywilizacji, bo np. schronisko było zradiofonizowane i mnich przez głośniki zapowiadał, że pora wstawać. Odcięcie od świata żywych było tez raczej umowne, gdyż most przez miejscowy odpowiednik naszej rzeki Styks stał sobie tak po prostu, nie był konieczny, gdyż autobus i tak dojeżdżał do samego “buddyjskiego piekła” asfaltową drogą. Jezioro było częściowo ogrodzone, przynajmniej od strony olbrzymiego parkingu, przewidzianego na przyjazdy hord zmotoryzowanych pielgrzymów. Ale trzeba przyznać, po kolacji nie było już nic do roboty, zapadała ciemność i iście klasztorny spokój, można było co najwyżej udać się do drewnianych łaźni rozstawionych gdzieś w ciemności na polach siarkowych, albo pójść spać. Poszliśmy spać o 20.00.
             Czyste powietrze, atmosfera nieco z innego świata (gongi, bębny, medytacje, modlitwy) uspokajały, oczyszczały ciało i umysł. Schronisko było nowiutkie, pachnące świeżym drewnem, bardzo przyjemne. Wielkie pierzyny na futonach ułożonych na podłodze wydawały nam się nawet za ciepłe na tą porę roku. Spało się bardzo dobrze, panowała idealna cisza. Podobno mnisi wstają o 3.00 i rozpoczynają dzień medytacją. Ale poruszają się bezszelestnie i nawet nie wiem, ilu ich było. Główny mnich, pewnie opat tego buddyjskiego klasztoru, miał zapewne napięty program zajęć, gdyż nie chciał zbyt długo rozmawiać z nami. Mówił zresztą tylko po japońsku. Jeśli ktoś przyjechałby tutaj znając tylko angielski, mogłoby mu być trudno się porozumieć. 
          Powrót do Tokio rozpoczęliśmy od wyjazdu z Osorezan autobusem o 10.00. Po drodze mieliśmy 2,5 godziny na zwiedzenie portu i okolic stacji w stolicy prefektury Aomori. Stoi tam zamieniony na muzeum prom, który do czasu zbudowania podmorskiego tunelu (100 m pod poziomem morza!) zapewniał komunikację miedzy wyspami Honsiu i Hokkaido. Teraz na trasie Honsiu-Hokkaido  podróżuje się pociągiem.
Do domu wróciliśmy  o 23.00 wieczorem (niedziela). Po takich wyjazdach bardzo wyraźnie widzi się różnicę między życiem w Tokio i na prowincji. Przede wszystkim w Tokio męczą tłumy, nieświeże powietrze (wyziewy z klimatyzacji i kanałów!) i presja reklam zmuszających do zapoznawania się z mnóstwem niezbyt potrzebnych, jak się okazuje w czasie pobytu na prowincji, rzeczy.
          Kiedy wieczorem rozpakowałam mój plecak moja koszula nocna cuchnęła mocno siarką!

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz